piątek, 9 stycznia 2015

My day

Hej, mam nadzieję, że zdążę napisać jeszcze w piątek post. Jest (dokładnie) 22:18, więc może jeszcze zdążę. Dziś nie będzie jakiegoś konkretnego postu, chciałabym poruszyć sprawy organizacyjne, które dotyczą przyszłego tygodnia.
Jednak zanim zacznę przynudzać o przyszłości, opowiem co dziś się u mnie działo, bo tak teraz sobie cały ten dzień przypominam i jest trochę historii do opowiedzenia.


Miałam wstać o 6 rano, żeby napisać zadanie z polskiego. Jednak mój słomiany zapał skończył się na tym, że wstałam o 7. Szybkie ubieranie, pakowanie się itp. to ostatnio najczęściej uprawiany prze ze mnie sport. Byłam w szkole o 7:55 (na pierwszej lekcji miałam test semestralny z angielskiego). Jednak po szybkim sprincie byłam na czas. Sądząc, że dzień wcześniej uczyłam się trzy godziny, nie poszedł aż tak źle (choć pan powiedział, że będzie dużo słownictwa z podkreślonych słówek w podręczniku, czego wyuczyłam się najbardziej, a były tylko części garderoby i rodzina). Później historia. Naszą nauczycielką jest pani po 50, która ma poważną sklerozę. Mieliśmy przed świętami zdawać bogów greckich, ale mieliśmy na tej lekcji jakieś inne zajęcia. Więc miała nas przepytywać dzisiaj. Ona weszła, a my tak chowamy kartki. Na szczęście nie zorientowała się, że mieliśmy to zdawać i prawdopodobnie w tym semestrze już tego nie zrobimy ;). Jak ja kocham moją klasę.
Na ostatniej lekcji (po drodze miałam jakieś nieistotne zajęcia) miałam EDB i była niezapowiedziana kartkówka. Na szczęście na tej lekcji jest w każdym momencie bardzo głośno, więc ja pytałam się o wszystko koleżanki, która wie wszystko. Chyba dzięki niej utrzymam 5 na koniec semestru.
O 15:15 miałam basen i dopiero po wyjściu z wody zorientowałam się, że jadłam przez dzień paczkę krakersów. Zamówiłam zapiekankę (na którą czekałam 20 minut) i jak była moja mama, już ugryzłam kęs i wtedy zadzwoniła moja mama, żebym się zbierała, bo ona już stoi przed basenem. Ze łzami ubrałam się i poszłam. Zjadłam zapiekankę, jeżdżąc po mieście. Potem mama mnie odwiozła do babci. Wiadomo, u babci jedzenie najlepsze, więc zjadłam u niej obiad. Tak właściwie skończyłam dzień.

Teraz jeszcze bardziej przynudzające sprawy organizacyjne.
Więc ja od niedzieli do soboty wyjeżdżam na białą szkołę, jednak będę wstawiać codziennie posty. Nie będą to posty o moim dniu. Będę wstawiała posty, które napiszę jutro, czyli głównie recenzje i tagi. Przepraszam, ale na wyjeździe nie będę miała czasu pisać na bieżąco, a jednak chciałabym, aby blog żył. Mam nadzieję, że mnie rozumiecie i nadal będziecie czytać moje wpisy.
PS Zdążyłam jeszcze dziś napisać post, bo jest 23:19.

5 komentarzy :

  1. Czekałaś na posta i dziś się pojawił. Zapraszam :)
    http://zdesperowane.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też często planuje, że wstanę wczęśniej, ale i tak mi się to nie udaje! :)
    Obserwuje i zapraszam do mnie ;d

    zbytrealna.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Wstawać wcześniej to najgorsze co może być :D
    majesticmess.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. U nas kilku dniowa wycieczkę nazywamy "zieloną szkołą", ale najwidoczniej wszędzie jest to inaczej. Podobno "Zbuntowana" to bardzo fajna książka, kiedyś muszę w końcu ją przeczytać :)
    Pozdrawiam, życzę miłej wycieczki i obserwuje bloga :)
    http://zawsze-usmiechniete.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie są białe i zielone szkoły. Białe w styczniu i zielone w czerwcu ;)

      Usuń

Copyright © 2014 Orsolia
Designed By Blokotek